Mój mały syneczek skończył roczek.
To dobry moment na refleksję i pewnego rodzaju podsumowanie.
Co mnie pozytywnie, a co negatywnie zaskoczyło? Co było tak jak myślałam, a co zupełnie inaczej?

Negatywnie zaskoczyło mnie to, że na początku wcale nie poczułam bezkresnej miłość do tego małego gościa. Zajęło mi to dobrych parę tygodni o ile nie miesięcy. To też nie było tak, że nagle coś zaskoczyło i przeszłam w tryb matki zakochanej po uszy. Po prostu każdego dnia ta miłość we mnie dojrzewała. Teraz stanowczo muszę stwierdzić, że kocham go każdego dnia coraz mocniej i zastanawiam się czy są jakieś granice tej miłości. Pewnie mi przejdzie w okolicach buntu dwulatka.

Będąc w ciąży sądziłam, że oklepany frazes „nieprzespane noce” jest mocno naciągany. No bo przecież to, że raz czy drugi się nie wyśpię to nic strasznego. Jakie było moje zaskoczenie, że po kilku tygodniach pobudek co 2-3 h niemowlę wcale nie zaczyna spać coraz lepiej. Nigdy wcześniej bym nie przypuszczała, że można dosłownie nie spać miesiącami i nadal jako tako ogarniać rzeczywistość. Matka jednak potrafi.

W mądrych poradnikach czytałam, że karmienie zajmuje na początku dużo czasu. Jednak kolejnym zaskoczeniem na minus było dla mnie to, ile tak naprawdę czasu dziecko spędza przy piersi, że nie jest to dla niego tylko sposób zaspokojenia głodu, ale także wyciszenia, bliskości i ogólnie przy cycu najlepiej. A przecież mówili, że dwa razy po 20 minut i fajrant.

Na minus, który w sumie okazał się plusem jest fakt, że macierzyństwo wcale nie wygląda tak jak na Instagramie. Niby człowiek jest istotą rozumną i zdawał sobie z tego sprawę, ale jednak radość z ciąży rzuciła się na mózg. Po porodzie totalnie nie ogarniałam rzeczywistości, każda godzina to była walka o przetrwanie, a ostatnią rzeczą, na którą miałam ochotę było wrzucanie do sieci sweet foci. Ze szpitala nie wychodziłam cała na biało, w pełnym mekeupie, a z tłustymi włosami, spuchniętymi stopami i milionem obaw w głowie.

Teraz pora na plusy.

Wbrew opiniom wszystkich babć świata, noworodka nie da się tak łatwo „zepsuć”, a to że będzie spał z nami w łóżku, usypiał na rękach, dostawał smoczka czy cyca na zawołanie nie sprawi „że się nauczy” i do osiemnastych urodzin nie będzie chciał zejść nam z kolan. Nie da się go też tak łatwo uszkodzi jak nam się wydaje i pomimo początkowej bezradności przy czynnościach pielęgnacyjnych, każdy rodzic szybko osiąga czarny pas w tym temacie.

Kolejnym doświadczeniem na plus jest to, że nie trzeba mieć ściśle ustalonego grafiku i działać jak robot każdego dnia. Wiadomo rutyna na ogół służy dzieciom, ale jeśli czasem czegoś nie zrobimy to możemy uratować nasze zdrowie psychiczne, a więc także szczęście całej rodziny.

Cudowne jest odkrycie, jak ważne jest dla nas nasze dziecko i że my jesteśmy dla niego całym światem. Jakie jest w nas zapatrzone, jak nas naśladuje. Jego uśmiech to najlepszy balsam dla duszy. Nawet najgorszy humor potrafi poprawić jak za wyciągnięciem czarodziejskiej różdżki. Uśmiech i radość naszego dziecka nigdy się nie nudzą.

Nie trzeba przeczytać miliona poradników i być we wszystkim idealną by być dobrą matką dla swojego dziecka. Wszystkiego naturalnie uczymy się z czasem. Ważne żeby poświęcać dziecku dużo uwagi i być z nim tu i teraz.

Pozytywnie w macierzyństwie zaskoczyło mnie także to, że inne matki mają też czasem wszystkiego dosyć. Warto dać sobie prawo do złości, bezradności i niewiedzy. Nikt po porodzie nie wyposaża nas w instrukcję „obsługi” dziecka. Negatywne uczucia też są czymś normalnym i w sumie potrzebnym.

Po minionym roku zdecydowanie widzę więcej plusów niż minusów z faktu bycia mamą. Czuję się coraz bardziej spełniona w tej roli i każdego dnia jestem ciekawa czym tym razem zaskoczy mnie moje dziecko. Odkrywanie świata na nowo jego oczami jest czymś nieocenionym. Czuję, że teraz mogę więcej niż kiedyś. Mogę więcej dla niego, dla siebie i dla naszej rodziny.

Udostępnij

O autorze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.